Nie jestem z siebie zadowolona. Z efektów odchudzania owszem, waga sukcesywnie spada, już dawno odrobiłam świąteczne obżarstwo, ale nie ćwiczę :( Moje JA IDEALNE ( powinnam ćwiczyć ) rozmija się z moim JA REALNYM ( po prostu mi się nie chce ) - nie ja to wymyśliłam, tylko słyszałam to kiedyś na wykładzie psychologa. W lutym tak pięknie weszłam w rytm - piątek basen, niedziela ćwiczenia przy płycie. Pewne okoliczności wpłynęły na to że ten rytm się zaburzył - a mnie się nie chce zmienić mojego "grafiku" i robić to w inne dni. Nie mogę się tłumaczyć brakiem czasu, bo jak gdzieś kiedyś słyszałam i całkowicie się z tym zgadzam, każdy z nas ma 24 godziny na dobę, i od nas zależy, na co ten czas wykorzystamy. Zależy to od naszych priorytetów.
Co do diety - nadal stosuje i obserwuję 5:2. Jeżeli ktoś czytał wcześniej mojego bloga wie, że od początku roku, zanim cokolwiek usłyszałam o tym sposobie żywienia stosuję w środy dietę oparta na surowych warzywach i bardzo te dni lubię. Mam pewne obserwacje - od pewnego czasu mam coraz mniejszy apetyt na mięso i wędliny i nie mogę powiedzieć, że czerpię przyjemność z jedzenia go. Zobaczymy, jak to będzie dalej. Efekty diety są, chociaż przy tych dwóch dniach postnych, z powodu wahań wody w organizmie,waga skacze jeszcze bardziej niż wcześniej, dlatego chyba najbardziej miarodajnie będzie, gdy ważenie ze środy przełożę na poniedziałek, przed dniami 500 kcal. A więc jutro ważenie i moja relacja, jakie są efekty po 2 tygodniach nieco innej diety. I moje zobowiązanie co do ćwiczeń - w dzienniczku.
niedziela, 21 kwietnia 2013
sobota, 13 kwietnia 2013
Dieta 5:2 - moja pierwsza ocena
Nie sądziłam, że dieta 5:2 wzbudza takie zainteresowanie, ale gdy zobaczyłam po moim poprzednim poście ponad 800 wejść dziennie na bloga, zdałam sobie z tego sprawę. Poczułam też pewną odpowiedzialność, dlatego napiszę moją pierwszą ocenę tej diety, oczywiście pod względem teoretycznym, o praktyce nie ma co mówić, bo stosuję ją dopiero tydzień.
Autor jest lekarzem, opiera się na badaniach które przeprowadzone były na niedużych grupach pacjentów. U badanych można było zauważyć że krótkotrwałe okresy niedojadania nie wiążą się ze spowolnieniem metabolizmu, że powodują nadmiernego spożycia w dni następujące po nich, poprawiała się wrażliwość na insulinę. Ponadto autor twierdzi, że być może ( trwają badania ) krótkotrwałe poszczenie może sprzyjać zapobieganiu nowotworom i zmianom degeneracyjnym mózgu, podobno badania na myszach są zachęcające. Ponadto w dłuższej obserwacji spadek masy ciała był większy niż u osób na konwencjonalnej diecie niskokalorycznej, najprawdopodobniej dlatego, że łatwiej ja utrzymać.
Jakie widzę plusy tej metody?
- nawet znaczne ograniczenie kaloryczne nie jest trudne, jeżeli wiadomo, że trwa krótko
- nie ma potraw całkowicie wykluczonych z diety w pozostałe dni ( a restrykcyjne ograniczenia mogą powodować stałe pożądanie określonej potrawy, które wiadomo jak się kończą )
- jest to metoda dobra dla tych, którzy zmęczeni są codziennym znacznym ograniczeniom aby uzyskać lub utrzymać odpowiednią masę ciała. Dzięki niej w pozostałe dni mogą zjeść pieczywo, banana czy kawałek czekolady bez poczucia winy
- dzięki dniom o małej ilości kalorii można oswoić głód, nie bać się go
- deficyt kalorii około 3000/tydzień to nie za szybki , zdrowy spadek wagi
Jakie widzę minusy?
- każda dieta powinna uczyć zdrowych nawyków stosowanych na codzień, tu niestety tak nie jest, zachęcałabym więc osoby, które nie maja wiedzy w tym względzie, do równoległego wprowadzania zasad zdrowego żywienia w dni poza postem. Nie jest dobrze, gdy np. dzieci widzą, jak ich mama na zmianę się głodzi i objada hamburgerami i lodami :)
Autor jest lekarzem, opiera się na badaniach które przeprowadzone były na niedużych grupach pacjentów. U badanych można było zauważyć że krótkotrwałe okresy niedojadania nie wiążą się ze spowolnieniem metabolizmu, że powodują nadmiernego spożycia w dni następujące po nich, poprawiała się wrażliwość na insulinę. Ponadto autor twierdzi, że być może ( trwają badania ) krótkotrwałe poszczenie może sprzyjać zapobieganiu nowotworom i zmianom degeneracyjnym mózgu, podobno badania na myszach są zachęcające. Ponadto w dłuższej obserwacji spadek masy ciała był większy niż u osób na konwencjonalnej diecie niskokalorycznej, najprawdopodobniej dlatego, że łatwiej ja utrzymać.
Jakie widzę plusy tej metody?
- nawet znaczne ograniczenie kaloryczne nie jest trudne, jeżeli wiadomo, że trwa krótko
- nie ma potraw całkowicie wykluczonych z diety w pozostałe dni ( a restrykcyjne ograniczenia mogą powodować stałe pożądanie określonej potrawy, które wiadomo jak się kończą )
- jest to metoda dobra dla tych, którzy zmęczeni są codziennym znacznym ograniczeniom aby uzyskać lub utrzymać odpowiednią masę ciała. Dzięki niej w pozostałe dni mogą zjeść pieczywo, banana czy kawałek czekolady bez poczucia winy
- dzięki dniom o małej ilości kalorii można oswoić głód, nie bać się go
- deficyt kalorii około 3000/tydzień to nie za szybki , zdrowy spadek wagi
Jakie widzę minusy?
- każda dieta powinna uczyć zdrowych nawyków stosowanych na codzień, tu niestety tak nie jest, zachęcałabym więc osoby, które nie maja wiedzy w tym względzie, do równoległego wprowadzania zasad zdrowego żywienia w dni poza postem. Nie jest dobrze, gdy np. dzieci widzą, jak ich mama na zmianę się głodzi i objada hamburgerami i lodami :)
sobota, 6 kwietnia 2013
Dieta 5:2
Zważyłam się po świętach w środę, bo to mój dzień ważenia no i tak jak myślałam, ponad kilo więcej. Do tego depresyjny nastrój związany ewidentnie z pogodą i brakiem jakiejkolwiek nadziei na wiosnę i słońce. Przyjaciółka powiedziała mi to, co sama wiedziałam, ale dobrze jest usłyszeć coś od kogoś w prostych słowach : "zapuściłaś się w pisaniu bloga, nie motywujesz siebie i innych". Tak, marzec to był okres stagnacji, osłabienia motywacji, huśtawki w diecie. Święta z założenia bez ograniczeń w jedzeniu, ale teraz oczywiście tego żałuję.
Żeby poprawić sobie nastrój, weszłam wczoraj na godzinkę do Manufaktury ( jest to znane łódzkie centrum handlu i rozrywki, duma naszego miasta ). Nie miałam zamiaru kupować ciuchów bo przecież ten kilogram więcej, ani przymierzać butów bo wprawdzie są śliczne, kolorowe ale na nogach miałam zimowe buty na roztopy i grubaśne skarpety. Weszłam do empiku, jak zwykle przejrzałam nowości i skierowałam się do półki z książkami dietetycznymi. To jest mój nałóg - kupuję tego typu książki, jeżeli po przejrzeniu wydają mi się w miarę sensowne i mam nadzieje dowiedzieć się z nich czegoś nowego. Sama przed sobą się tłumaczę, że jako dietetyk muszę wiedzieć co jest na czasie i trendy. Że to moja pasja. Ale tak naprawdę to jest nałóg:)
Kupiłam książkę "Dieta 5:2 dr. Mosleya" Przeczytałam ją już prawie całą i mam zamiar być królikiem doświadczalnym i zastosować się do tego typu żywienia. Będę na blogu zdawać relacje czy to działa.
W skrócie metoda ta polega na tym, że 5 dni w tygodniu je się tak jak zwykle, a 2 dni w tygodniu ( nie jeden po drugim ) to dni postne - spożywa się wówczas 1/4 zapotrzebowania kalorycznego, czyli 500 kcal kobieta i 600 mężczyzna, najlepiej w dwóch posiłkach. Pokarmy w te dni nie powinny zawierać węglowodanów o wysokim indeksie i ładunku glikemicznym. Ponieważ i tak taki jeden dzień w tygodniu stosuję taki post - środa "warzywna" i bardzo mi to odpowiada, dokładam jeszcze poniedziałek 500 kcal. W pozostałe dni nie będę liczyć kalorii i zbytnio ograniczać - oczywiście nie mam zamiaru się objadać.
Zobaczę co będzie po miesiącu i wtedy zadecyduję, co dalej.
Jest zapał, jest pomysł, jest dobrze.
Żeby poprawić sobie nastrój, weszłam wczoraj na godzinkę do Manufaktury ( jest to znane łódzkie centrum handlu i rozrywki, duma naszego miasta ). Nie miałam zamiaru kupować ciuchów bo przecież ten kilogram więcej, ani przymierzać butów bo wprawdzie są śliczne, kolorowe ale na nogach miałam zimowe buty na roztopy i grubaśne skarpety. Weszłam do empiku, jak zwykle przejrzałam nowości i skierowałam się do półki z książkami dietetycznymi. To jest mój nałóg - kupuję tego typu książki, jeżeli po przejrzeniu wydają mi się w miarę sensowne i mam nadzieje dowiedzieć się z nich czegoś nowego. Sama przed sobą się tłumaczę, że jako dietetyk muszę wiedzieć co jest na czasie i trendy. Że to moja pasja. Ale tak naprawdę to jest nałóg:)
Kupiłam książkę "Dieta 5:2 dr. Mosleya" Przeczytałam ją już prawie całą i mam zamiar być królikiem doświadczalnym i zastosować się do tego typu żywienia. Będę na blogu zdawać relacje czy to działa.
W skrócie metoda ta polega na tym, że 5 dni w tygodniu je się tak jak zwykle, a 2 dni w tygodniu ( nie jeden po drugim ) to dni postne - spożywa się wówczas 1/4 zapotrzebowania kalorycznego, czyli 500 kcal kobieta i 600 mężczyzna, najlepiej w dwóch posiłkach. Pokarmy w te dni nie powinny zawierać węglowodanów o wysokim indeksie i ładunku glikemicznym. Ponieważ i tak taki jeden dzień w tygodniu stosuję taki post - środa "warzywna" i bardzo mi to odpowiada, dokładam jeszcze poniedziałek 500 kcal. W pozostałe dni nie będę liczyć kalorii i zbytnio ograniczać - oczywiście nie mam zamiaru się objadać.
Zobaczę co będzie po miesiącu i wtedy zadecyduję, co dalej.
Jest zapał, jest pomysł, jest dobrze.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Drugi etap czas zacząć
Dobrze się składa, że święta i pierwszy kwartał roku kończą się jednocześnie. Zaczynałam 2 stycznia z dużą energią i motywacją, teraz, 2 kwietnia można przejść do drugiego etapu. Marzec mi się trochę rozjechał, okres świąteczny i przedświąteczny wiadomo jak wygląda - boję się w środę wejść na wagę :) Co najmniej kilogram do przodu ale cóż - tak było, jest i będzie, nie ma możliwości żebym nie przytyła w te dni. Cieszę się, że mam ten czas za sobą i mogę wrócić do tego rytmu jaki miałam w styczniu i lutym. Wprawdzie moja motywacja nie jest tak silna jak w styczniu, myślę że jest to spowodowane tą pogodą - u nas dwa dni walił śnieg i ja straciłam już nadzieję , że wiosna będzie w tym roku. Moje cele się nie zmieniły, a więc do końca maja schudnę 3 kg i wiem oczywiście, że bez ćwiczeń nie da rady, a więc od jutra do roboty:). Pozdrawiam wszystkich świątecznie ociężałych na ciele ( ja czuję że nawet umysł mam ociężały ) - motywujmy się nawzajem bo to daje ogromną siłę.
niedziela, 24 marca 2013
Ja i przepisy
Dużo czasu spędzam w kuchni, czasami mnie wkurza że za dużo. Gotuję dla trzech osób, ale każda je inaczej. Mąż nie je drobiu, ryb, jajek - z tych popularnych produktów, bo na tej liście znalazło by się jeszcze wiele innych. Niezbyt lubi warzywa, a już na pewno nie wszystkie. Syn - dziecko jeszcze - bardzo szczupły - też nie lubi wielu rzeczy, ale innych niż mąż. Ja jem wiele rzeczy, których oni nie jedzą i jestem jedyną osobą która dba o to żeby jeść zdrowo i lekko. Choć czasem za dużo. Tak więc bywa , że gotuję trzy obiady, może niezupełnie bo np. jeden czy dwa elementy posiłku są wspólne dla wszystkich ( np. surówka ). Ale chciałam napisać o czymś innym, z czego zdałam sobie sprawę w tym tygodniu - nie potrafię gotować ściśle według przepisu. Zawsze muszę coś zmienić. Coś dodać, odjąć, zamienić jakiś produkt. Tylko ciasta robię dość dokładnie, bo boję się że nie wyjdą, ale robię je rzadko bo wiem jak to się kończy - rodzina zje po kawałku a ja resztę :). Uwielbiam oglądać książki kulinarne, kiedyś miałam pewien nałóg - kupowałam czasopisma z przepisami, mam ich mnóstwo - od paru lat się z tego wyzwoliłam, bo jest internet.
W tym tygodniu kupiłam wielofunkcyjnego robota, do którego dołączona jest książka z przepisami i testuję go od kilku dni, co sprawia mi niesamowita frajdę. Postanowiłam sobie, że przez miesiąc nie zmienię żadnego przepisu i co? Każdy muszę trochę odtłuścić, dać mniej cukru, inne proporcje, zmieniam nieco składniki itd. To jakaś choroba chyba:)
Z innej beczki - tak dzisiaj rano wyglądała wiosna przez moje okno :)
W tym tygodniu kupiłam wielofunkcyjnego robota, do którego dołączona jest książka z przepisami i testuję go od kilku dni, co sprawia mi niesamowita frajdę. Postanowiłam sobie, że przez miesiąc nie zmienię żadnego przepisu i co? Każdy muszę trochę odtłuścić, dać mniej cukru, inne proporcje, zmieniam nieco składniki itd. To jakaś choroba chyba:)
Z innej beczki - tak dzisiaj rano wyglądała wiosna przez moje okno :)
czwartek, 14 marca 2013
Też jestem pacyfistką, nie lubię walki
Dzisiejszy wpis zainspirowany jest postem na moim ulubionym blogu który czytam ( polecam http://amciam.blogspot.com/ ) - autorka pisze o walce z nadwagą. Często słyszymy takie słowa - " całe życie walczę z nadwagą" czy "postanowiłam walczyć z otyłością". A ta otyłość to co - coś poza nami, obok nas ? Myślimy o niej jak o czymś z czym się nie identyfikujemy, co najchętniej byśmy oddzielili od tej cudownej reszty i wyrzucili na śmietnik. Traktujemy swoje ciało jak wroga, nie możemy na nie patrzeć i w związku z tym trzeba z nim walczyć. Karać je za odstępstwa od diety. Myślę, że dopóki tak to traktujemy, jak walkę - nie osiągniemy sukcesu. Może u mężczyzn słowo "walka" jest czymś innym, pociągającym i atrakcyjnym, ale mnie kojarzy się z bólem, strachem, buntem. Z wojną, przemocą, poniżeniem. I co, ja mam walczyć sama z sobą? Nie cierpię, gdy ktoś mi coś każe zrobić, co jest niezgodne z moją wolą, a sama mam się zmuszać do czegoś? Dlatego staram się tak ustawić to moje odchudzanie, żeby wyciągnąć coś przyjemnego dla siebie. Nie lubię ćwiczeń typu aerobik - z układami kroków - i na pewno nie będę na takie chodzić. Nie lubię biegać i nie zamierzam. Staram się wybrać taka aktywność fizyczną która sprawia mi przyjemność. Nie jem rzeczy które mi nie smakują tylko dlatego, że są niskokaloryczne. Muszę odnajdywać przyjemność w jedzeniu. Kupuję tylko dla siebie produkty które lubię a których moja rodzina nie je. Uwielbiam moje środy warzywne.Nie walczę. Nie zmuszam mojego ciała do rzeczy dla mnie nie do przyjęcia i niemożliwych, stąd tak długi termin osiągnięcia celu który sobie wyznaczyłam. Chcę go osiągnąć i jestem szczęśliwa że do niego podążam, bez walki.
sobota, 9 marca 2013
Potrzebuję motywacji
Niby wszystko idzie dobrze, waga powoli spada. We wtorek, po czterech tygodniach zmierzyłam poziom tkanki tłuszczowej i jest mniej o 1,2 kg, w sumie od początku stycznia 4 kg mniej czystego tłuszczu. Ale straciłam trochę motywację, mimo ze nadal wierzę, że cel osiągnę. Myślę, że to jest chwilowe, ale nie mam już takiej euforii i zadowolenia z tego co robię, jak na początku. Trochę nie chce mi się zapisywać co jem, choć wiem że to dla mnie skuteczna metoda dyscypliny. Czytam inne blogi, na swoim piszę rzadziej. Częściej robię odstępstwa, nieduże ale jednak.Kryzys, normalnie kryzys. Co zrobić, żeby odchudzanie sprawiało mi taką przyjemność jak w styczniu? Jeżeli ktoś to czyta, proszę o dwa słowa wsparcia, wasze wpisy mnie bardzo motywują i stawiają do pionu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
